niedziela, 28 lutego 2016
niedziela, 21 lutego 2016
Ucieczka #2
Sven szedł wąską szutrową drogą kierując się na północ. Gęsty mrok rozbijała tylko mała latarka którą oświetlał sobie drogę. Mimo iż był ciepło ubrany wiatr sprawiał że chłód przeszywa go do samych kości. Szedł i szedł. Droga miała mieć 20 km wydawało mu się jednak że idzie w nieskończoność. W końcu zobaczył światło. Widok światła napełnił go nadzieją i siłą do szybszego marszu. Podchodził bliżej i bliżej jednak nie zobaczył większej ilości światełek. Zaniepokoiło go to ale poszedł dalej. Gdy podszedł do źródła światła na około 100m. Sven myślał że "Czernih to jakaś wioska okazało się jednak że 20 km od stacji stoi samotna drewniana chata z małą szopą na drewno i drewnianym wychodkiem. Sven podszedł do domu jeszcze bliżej. Nagle wyskoczył na niego wielki husky wyglądający jak oswojony wilk.
Z chaty wybiegł starszy mężczyzna ubrany w gruby kożuch, futrzaną czapkę i futrzane buty. Mężczyzna miał dość długą brodę. W rękach trzymał wycelowany prosto w twarz Svena stary radziecki karabin Mosin.
- Kim jesteś!- Krzyknął Starszy.
Svena zamurowało nie mógł nic powiedzieć.
- Co?! Na przeszpiegi przyjechałeś co?!- Wrzeszczał Mężczyzna nie spuszczając celownika z głowy Svena.
- Jakie przeszpiegi?! Kogo miałbym szpiegować?!- Odkrzyknął Sven. Pierwszy raz był aż tak zdenerwowany nie wiedział dlaczego.
- Skuggę.- Odparł nieco spokojniej starzec.
- Skuggi już nie ma. Polują na nas jak na małe bezbronne zwierzęta.- Powiedział Sven mimowolnie.
- Znaczy że ty swój?- Zapytał starzec.
- Zależy w jakim sensie.
- Byłeś w Skudze? Bo ja byłem komendantem okręgu Wschodniej Rosji.- Powiedział Starszy opuszczając broń.
- Tak byłem. Jestem Sven Jansson.- Powiedział Sven sięgając w razie czego za pasek.
- Najlepszy płatny morderca w Europie Wschodniej. No no. Rozumiem że chcesz zniknąć i uciec daleko na wschód?- Powiedział z podziwem stary.
- Nie. Zamierzam przeczekać a potem wrócić.
- No dobra to zostaniesz u mnie.- Stary wygnał psa i podszedł do Svena.- Nazywam się Maksym Czernih.- Podali sobie ręce. Weszli do środka chaty. Chata była, tak naprawdę chatką myśliwską wszystkie ściany były drewniane i pouszczelniane mchem. Chata składała się z dużej izby w której żył Maksym i drugiej która spełniała funkcję spiżarni. Chata ogrzewana była piecem który mógł spełniać rolę kuchni i posłania. Maksym wybrał jednak metalowe szpitalne łóżko z bardzo twardym materacem, które stało pod oknem wychodzącym na wschód. Na środku izby stał solidny drewniany stół nad którym wisiała duża lampa naftowa, która dobrze rozświetlała pomieszczenie.
- Walizkę wrzuć do spiżarni.- Powiedział Maksym
Sven wszedł do ciemnej izby. Przyświecił latarką. Spiżarnia była bardzo mała miała może 2 na 3 metry. Wzdłuż ścian stały półki wypełnione konserwami i przetworami w słoikach. Sven wyraźnie czuł zapach starych ziemniaków i przegniłych jabłek. Walizkę postawił na jednej z półek. Wrócił do Maksyma który podkładał do pieca.
- Pewnie jesteś głodny.- Stwierdził Maksym.
- No zjadłbym.
Maksym zdjął z pieca duży garnek z gulaszem.
- Proszę. Smacznego. To jeleń sam go dzisiaj ubiłem.- Powiedział Maksym stawiając garnek na stole.
- Dziękuję.- Powiedział Sven zabierając się za jedzenie.
- Jak to wygląda na zachodzie? Co?- Zapytał Maksym siadając naprzeciwko.
- Ale co?
- No życie nasze życie.
- Na samym zachodzie polują na wszystkich bo tam to się zaczęło. A w Polsce zdążyli zniszczyć większość dokumentów. Niestety moich nie. Szukają nas. Kto mógł uciekł już dawno do Argentyny, Brazylii, Meksyku albo na bliski Wschód albo do Wietnamu albo na Syberię. Ja nie mogłem musiałem coś załatwić. Poza tym ja nie uciekłem na zawsze ja tam wrócę jak będą myśleć że nie żyję.- Powiedział Sven
Maksym zamyślił się i głęboko westchną.
- A u nas szukają tylko dowódców.- Powiedział Maksym i znowu sie zamyślił.- Chwila czy przypadkiem nie jesteś najbardziej poszukiwanym człowiekiem w Europie?!- zapytał Nagle Maksym.
- Jestem. No ale nie mają mojego DNA.
-No i co z tego?
- No to z tego że mam w Polsce bliskich tylko muszę sie z nimi skontaktować. No i zabiłem typa mojej postury tak że wyglądało to na samobójstwo. No a zanim policja dotrze do mojego mieszkania to trup się rozłoży. A na jego szyi były moje nieśmiertelniki.- Wytłumaczył Sven.
- Ot! Cwaniak że ja na to nie wpadłem.- Powiedział Maksym gładząc brodę.
- Jak będę wracał do Polski to możesz jechać ze mną.- Powiedział Sven- A jak utwierdzić władzę że nie żyjesz to się wymyśli.
- Może.
Sven i Maksym rozmawiali bardzo długo ale przerzucili się na angielski bo Sven nie znał wszystkich zwrotów w rosyjskim. Maksym wyciągną butelkę bimbru. Rozmawiali długo i o wszystkim. Maksym opowiadał o swojej przeszłości. O swojej rodzinie o zmarłej żonie i o synu który zginął na wojnie w Afganistanie i o Rosyjskiej Skudze. Sven opowiedział o swojej przeszłości. O Majorze i o Ewie. Okazało się że Major i Maksym się znali od bardzo dawna. Gdy skończyli Maksym pokazał Svenowi jak należy spać na piecu. Rozłożyli na płaskim "dachu" pieca koc na którym Sven wyciągnął się jak tylko mógł. Było mu bardzo ciepło i wygodnie. Następny dzień był bardzo piękny i słoneczny. Okazało się że Maksym ma 2 konie na których jeździł na polowanie. Maksym ukrywał się w chacie od kilku miesięcy bo policja zaczęła go szukać o wiele wcześniej.. Obaj byli żołnierze Skuggi pojechali konno do pobliskiej tajgi by wyciąć kilka drzew na opał. Tajga bardzo podobała się Svenowi a zarazem przerażała go. Gdy wpatrywał się głębiej w las widział jedynie pnie drzew niekończące się morze drzew. Kilka godzin piłowali pnie drzew przy pomocy pił ręcznych. Potem przyciągnęli drewno do chaty. Zjedli obiad ugotowany z kilku konserw.
- Może chcesz napisać list do swoich?- Zapytał Maksym
- Tak bardzo chętnie- Powiedział Sven.
Maksym dał Svenowi kartkę i wieczne pióro. Maksym zajął się cerowaniem rękawiczek a Sven przez kilka godzin dokładnie dobierał słowa i przelewał je na papier.
Z chaty wybiegł starszy mężczyzna ubrany w gruby kożuch, futrzaną czapkę i futrzane buty. Mężczyzna miał dość długą brodę. W rękach trzymał wycelowany prosto w twarz Svena stary radziecki karabin Mosin.
- Kim jesteś!- Krzyknął Starszy.
Svena zamurowało nie mógł nic powiedzieć.
- Co?! Na przeszpiegi przyjechałeś co?!- Wrzeszczał Mężczyzna nie spuszczając celownika z głowy Svena.
- Jakie przeszpiegi?! Kogo miałbym szpiegować?!- Odkrzyknął Sven. Pierwszy raz był aż tak zdenerwowany nie wiedział dlaczego.
- Skuggę.- Odparł nieco spokojniej starzec.
- Skuggi już nie ma. Polują na nas jak na małe bezbronne zwierzęta.- Powiedział Sven mimowolnie.
- Znaczy że ty swój?- Zapytał starzec.
- Zależy w jakim sensie.
- Byłeś w Skudze? Bo ja byłem komendantem okręgu Wschodniej Rosji.- Powiedział Starszy opuszczając broń.
- Tak byłem. Jestem Sven Jansson.- Powiedział Sven sięgając w razie czego za pasek.
- Najlepszy płatny morderca w Europie Wschodniej. No no. Rozumiem że chcesz zniknąć i uciec daleko na wschód?- Powiedział z podziwem stary.
- Nie. Zamierzam przeczekać a potem wrócić.
- No dobra to zostaniesz u mnie.- Stary wygnał psa i podszedł do Svena.- Nazywam się Maksym Czernih.- Podali sobie ręce. Weszli do środka chaty. Chata była, tak naprawdę chatką myśliwską wszystkie ściany były drewniane i pouszczelniane mchem. Chata składała się z dużej izby w której żył Maksym i drugiej która spełniała funkcję spiżarni. Chata ogrzewana była piecem który mógł spełniać rolę kuchni i posłania. Maksym wybrał jednak metalowe szpitalne łóżko z bardzo twardym materacem, które stało pod oknem wychodzącym na wschód. Na środku izby stał solidny drewniany stół nad którym wisiała duża lampa naftowa, która dobrze rozświetlała pomieszczenie.
- Walizkę wrzuć do spiżarni.- Powiedział Maksym
Sven wszedł do ciemnej izby. Przyświecił latarką. Spiżarnia była bardzo mała miała może 2 na 3 metry. Wzdłuż ścian stały półki wypełnione konserwami i przetworami w słoikach. Sven wyraźnie czuł zapach starych ziemniaków i przegniłych jabłek. Walizkę postawił na jednej z półek. Wrócił do Maksyma który podkładał do pieca.
- Pewnie jesteś głodny.- Stwierdził Maksym.
- No zjadłbym.
Maksym zdjął z pieca duży garnek z gulaszem.
- Proszę. Smacznego. To jeleń sam go dzisiaj ubiłem.- Powiedział Maksym stawiając garnek na stole.
- Dziękuję.- Powiedział Sven zabierając się za jedzenie.
- Jak to wygląda na zachodzie? Co?- Zapytał Maksym siadając naprzeciwko.
- Ale co?
- No życie nasze życie.
- Na samym zachodzie polują na wszystkich bo tam to się zaczęło. A w Polsce zdążyli zniszczyć większość dokumentów. Niestety moich nie. Szukają nas. Kto mógł uciekł już dawno do Argentyny, Brazylii, Meksyku albo na bliski Wschód albo do Wietnamu albo na Syberię. Ja nie mogłem musiałem coś załatwić. Poza tym ja nie uciekłem na zawsze ja tam wrócę jak będą myśleć że nie żyję.- Powiedział Sven
Maksym zamyślił się i głęboko westchną.
- A u nas szukają tylko dowódców.- Powiedział Maksym i znowu sie zamyślił.- Chwila czy przypadkiem nie jesteś najbardziej poszukiwanym człowiekiem w Europie?!- zapytał Nagle Maksym.
- Jestem. No ale nie mają mojego DNA.
-No i co z tego?
- No to z tego że mam w Polsce bliskich tylko muszę sie z nimi skontaktować. No i zabiłem typa mojej postury tak że wyglądało to na samobójstwo. No a zanim policja dotrze do mojego mieszkania to trup się rozłoży. A na jego szyi były moje nieśmiertelniki.- Wytłumaczył Sven.
- Ot! Cwaniak że ja na to nie wpadłem.- Powiedział Maksym gładząc brodę.
- Jak będę wracał do Polski to możesz jechać ze mną.- Powiedział Sven- A jak utwierdzić władzę że nie żyjesz to się wymyśli.
- Może.
Sven i Maksym rozmawiali bardzo długo ale przerzucili się na angielski bo Sven nie znał wszystkich zwrotów w rosyjskim. Maksym wyciągną butelkę bimbru. Rozmawiali długo i o wszystkim. Maksym opowiadał o swojej przeszłości. O swojej rodzinie o zmarłej żonie i o synu który zginął na wojnie w Afganistanie i o Rosyjskiej Skudze. Sven opowiedział o swojej przeszłości. O Majorze i o Ewie. Okazało się że Major i Maksym się znali od bardzo dawna. Gdy skończyli Maksym pokazał Svenowi jak należy spać na piecu. Rozłożyli na płaskim "dachu" pieca koc na którym Sven wyciągnął się jak tylko mógł. Było mu bardzo ciepło i wygodnie. Następny dzień był bardzo piękny i słoneczny. Okazało się że Maksym ma 2 konie na których jeździł na polowanie. Maksym ukrywał się w chacie od kilku miesięcy bo policja zaczęła go szukać o wiele wcześniej.. Obaj byli żołnierze Skuggi pojechali konno do pobliskiej tajgi by wyciąć kilka drzew na opał. Tajga bardzo podobała się Svenowi a zarazem przerażała go. Gdy wpatrywał się głębiej w las widział jedynie pnie drzew niekończące się morze drzew. Kilka godzin piłowali pnie drzew przy pomocy pił ręcznych. Potem przyciągnęli drewno do chaty. Zjedli obiad ugotowany z kilku konserw.
- Może chcesz napisać list do swoich?- Zapytał Maksym
- Tak bardzo chętnie- Powiedział Sven.
Maksym dał Svenowi kartkę i wieczne pióro. Maksym zajął się cerowaniem rękawiczek a Sven przez kilka godzin dokładnie dobierał słowa i przelewał je na papier.
" Żyję i mam się dobrze. Spotkałem byłego dowódcę rosyjskiej Skuggi i ukrywam się razem z nim. Chciałbym bardzo przeprosić Ewę za to że nic jej nie powiedziałem. Mariusz proszę Cię przeglądaj serwisy informacyjne w telewizji, prasę telewizję, internet. Jeśli powiedzieli że nie żyję jak najszybciej daj mi znać. Zostawiłem w moim mieszkaniu trupa mojej postury, upozorowałem samobójstwo i zawiesiłem mu na szyję moje nieśmiertelniki. Nie mają mojego DNA a zanim go znajdą to zdąży się rozłożyć. Zapomniałem Ci o tym powiedzieć przy naszym ostatnim spotkaniu. Jeszcze raz przepraszam Ewę i bardzo za wami tęsknię. Pozdrawiam.
Sven"
Opisał podanym przez Maksyma adresem i wsadził do koperty którą zaadresował. Maksym jeszcze tego samego dnia zawiózł list na stację gdzie mieściła się poczta.
C.D.N
Proszę o ocenę mojej pracy :) Pozdrawiam.
wtorek, 16 lutego 2016
Ucieczka #1
UWAGA! Zapraszam do przeczytania poprzedniej serii opowiadań pod tytułem "Skugga" ułatwi to odbiór tego mini cyklu ponieważ będzie tu wiele odniesień do poprzedniej serii.
Skugga to międzynarodowa organizacja paramilitarna, jest prywatną armią złożoną z byłych żołnierzy, przestępców, sportowców oraz ludzi którzy wyróżniali się odpowiednimi cechami lub umiejętnościami z wszystkich krajów świata. Niestety organizacja zbyt mocno ingerowała w interesy różnych państw. Wielkie supermocarstwa wypowiedziały "wojnę" organizacji. Dowódcy zdawali sobie sprawę z zagrożenia dlatego zaczęto niszczyć dokumentacje. Niestety nie udało się zniszczyć wszystkiego. Duża grupa żołnierzy Skuggi była poszukiwana. A gdy jakiegoś znaleziono sądzono go najsurowiej jak można było.
Warszawa 1 września 2015 roku.
Sven wstał bardzo wcześnie rano. Usiadł na łóżku i zdał sobie sprawę że musi uciekać, musi zniknąć i powrócić jako inna osoba.Ubrał się, zjadł śniadanie i spakował najważniejsze rzeczy w walizkę. Pistolet i nóż wetkną za pasek. Zabrał walizkę i kask. Nie zamykał drzwi. Nie czuł takiej potrzeby. Wszystkie dokumenty spalił, zdjęcia rodzinne zabrał ze sobą. Poza tym zostawił dla policji małą ważącą około 75kg niespodziankę. Wyszedł przed blok i głęboko odetchnął.- Będzie mi brakowało tego przeklętego miasta- Pomyślał. Wskoczył na motocykl i pojechał do domu Mariusza Krukiewicza którego z przyzwyczajenia nazywał "Majorem". Było około 6 gdy zapukał do drzwi domku na przedmieściach w którym mieszkał "Major" razem ze swoją żoną i już adoptowaną Ewą Lwowską. Czekał dosyć długo. W końcu drzwi otworzył dobrze zbudowany, niemal całkiem siwy, brodaty mężczyzna przed sześćdziesiątką ubrany w zielony szlafrok i różowe kapcie.
- Sven! Wejdź do środka.- Mruknął zaspany Major.
Sven po cichu wszedł do środka. Usiedli przy kuchennym stole. Major głęboko westchnął.
- Przepraszam Cię. Mogłem w pierwszej kolejności Twoje papiery zniszczyć.- Powiedział smętnie Starszy mężczyzna.
- Przestań.- Powiedział Sven i poklepał przyjaciela po ramieniu.- Wyjadę do Rosji na Syberię tam mnie nie znajdą. Poczekam aż uznają że nie żyje albo że zaginąłem. Wiesz w końcu im się znudzę.- Powiedział Sven.
- Sven jesteś najbardziej poszukiwaną osobą w całej Unii Europejskiej i całej Ameryce.- Powiedział Major. Wiedział ile egzekucji wykonał jego młody przyjaciel.
- No co Ty nie powiesz? Dlatego uciekam. Na Syberię.
- No i co ty tam będziesz robił? Poza tym słabo znasz rosyjski.- Powiedział z niepokojem Major.
- Rosyjskiego się nauczyłem. Nie wiem co będę robił to nie jest teraz ważne. Będę polował albo... zresztą zobaczę na miejscu.
- Dobrze.
Sven podrapał się po zarośniętej twarzy. Z dłuższymi włosami i dużym zarostem był nie do poznania. Wiedział że to ułatwi mu ucieczkę.
- Mam do Ciebie prośbę.- Westchnął Sven- Zajmij się Ewą i swoją żoną. A ja sobie poradzę ok?
- Dobra ale nie puszczę Cię bez kasy i fałszywych dokumentów.- Powiedział Major.
-No niech Ci będzie.- Powiedział Sven, który przypomniał sobie że całe jego pieniądze przepadły razem ze Skuggą i o tym że chciał uciekać pod prawdziwym nazwiskiem.- Debil ze mnie- Pomyślał Sven.
Major szybkim i cichym krokiem wszedł na górę po kilku minutach wrócił z plikiem banknotów i kompletem dokumentów osobistych. W dokumentach zmieniło się jedynie imię i nazwisko Sven od teraz oficjalnie nazywał się "Ulf Adsson"
- Ulf? Nie miałeś lepszego imienia pod ręką?- Zapytał Sven
- Na miejscu przedstawiaj się jak chcesz. - Odparł obojętnie Major.
- Dziękuję. Zostawiam motor. Zatrzymaj dla siebie albo zostaw Ewie. Trzymaj się.- Powiedział Sven, a w zasadzie Ulf.
- Przepraszam.- Jęknął Major i objął swojego przyjaciela.
Sven wziął walizkę i pobiegł na przystanek. Pojechał na lotnisko gdzie dosyć długo czekał na lot do Moskwy. Przed przejściem przez kontrole lotnicze broń zapakował w specjalną folię uniemożliwiającą wykrycie przez bramki elektromagnetyczne i skanery. Pomyślnie przeszedł kontrolę dokumentów. Czuł dumę z siebie. Jednak gdy wsiadł do samolotu duma zamieniła się w smutek i niewyjaśnione poczucie winy. Wiedział co go gryzie. Gdy pozbył się ojca Ewy obiecał jej następnego dnia że nigdy jej nie zostawi a w przyszłości być może będą razem. Wiedział że wieść o jego wyjeździe może złamać jej serce. Samolot wzbił się w powietrze. Sven spoglądał na Polskę z góry. Na kraj w którym stał się zwykłym mordercą. Wiedział że nim jest ale wiedział też że bez zgody dowódctwo nie można odejść ze Skuggi chyba że, chciało się odejść na "Tamten".
Kiedyś to ja polowałem na ludzi a teraz szukają mnie ale moje cele zazwyczaj nie wiedział że nadchodzi śmierć.- Rozmyślał Sven...
Kilka godzin później Moskwa.
Sven wysiadł z samolotu ponownie przeszedł kontrolę. Ruszył w miasto. Wiedział że musi jakoś dostać się na Syberię wiedział też że nie będzie to łatwe. Wszedł do małej knajpki z rosyjskim jedzeniem. Zamówił potrawkę wieprzową i kieliszek wódki. Zjadł ohydnie wyglądającą masę mięsną i wypił kieliszek alkoholu.
Znalazł sposób kolej. Kolej Transsyberyjska. Ruszył na Moskiewski dworzec kolejowy. Zakładał podjechać nieco na wchód.
29 godzin później.
Temperatura znacznie spadła mimo iż był wrzesień temperatura spadła grupo poniżej 0.
-Na szczęście zabrałem dużo ciepłych ciuchów.- Pomyślał.
Pociąg zatrzymał się na małej zapyziałej stacyjce "Pioniersk"
- Jestem tysiące kilometrów od Europy na środku pustkowia to dobre miejsce.- Pomyślał Sven wysiadając z wagonu.
Pociąg odjechał.
Sven rozejrzał się po okolicy. Widać było bardzo małą wioskę i mały budynek stacji. Sven ruszył w stronę budynku kolei. Zapukał w stare dębowe drzwi.
- Czego!- Usłyszał zza drzwi.
- Szukam noclegu.- powiedział Sven czysto po rosyjsku. Jego czystość wymowy bardzo go zdziwiła. Gdy mówił po polsku mówił z bardzo twardym akcentem.
- Tu nie ma! Idź do "Czerniha".
- Dokąd?!
- Do Czerniha. 20 kilometrów na północ.
- Świetnie kurrrrr!
Sven kopnął drzwi i ruszył w stronę wsi. Z plecaka wyciągnął kompas i sprawdził kierunki świata. Znalazł północ. I ruszył ubitą szutrową drogą mijając zabudowania Pionierska i oświetlając sobie drogę latarką.
C.D.N Proszę o oceny i komentarze następna część już niedługo.
piątek, 12 lutego 2016
niedziela, 7 lutego 2016
Dziennik Borisa #3 (Finał)
57 dzień Oblężenia.
Dzisiejszy dzień był straszny. Ledwo uszliśmy z życiem.
Wstaliśmy wcześnie rano. Zjedliśmy małe śniadanie. Tigran poprosił mnie żebym poszedł z nim i pomógł mu pochować bliskich. Zgodziłem się bez wahania. Spakowaliśmy do plecaków mały zapas wody i jedzenia. Wzięliśmy szpadel i karabiny. Szliśmy od budynku do budynku obserwując okolicę.Kilka razy widziałem światło odbite od celownika optycznego. Za każdym razem modliłem się żeby ten "Ktoś" nie strzelał. Droga była długa i bardzo męcząca. Nie zamieniłem z Tigranem ani słowa. W końcu stanęliśmy przed kamienicą w której zginęli bliscy mojego nowego towarzysza. Tigran powoli szedł do piwnicy. Ja zaraz za nim. Cała piwnica była spalona. Wybuch granatu spowodował pożar, który strawił wszystko. Znaleźliśmy jedynie resztki misia córeczki Tigrana. Powoli podniósł resztki zabawki.
- Katia.- Szepnął cicho.
- Tigran.- Powiedziałem kładąc rękę na jego ramieniu.
Nic nie odpowiedział. Po prostu wyrwał mi z ręki szpadel który trzymałem w ręku i wyszedł na zewnątrz. Przed kamienicą wykopał mały dołek do którego wrzucił resztki misia które potem zakopał z dwóch patyków i kawałka sznurka zrobił mały krzyż który wbił nad symbolicznym grobem.
- Boris. Musimy zwiewać z tego miasta.- Powiedział ocierając łzę.
- Tylko jak?- westchnąłem.
Byliśmy w połowie drogi powrotnej gdy usłyszeliśmy charakterystyczny dźwięk nadlatującego pocisku rakietowego. Pocisk uderzył w jeden z pobliskich budynków. Kątem oka zobaczyłem ludzkie ciało które poleciało kilkanaście metrów w górę a potem spadło bezwładnie na ulicę. Siła uderzeniowa była tak duża że powaliła nas na ziemię. Czym prędzej wdrapaliśmy się do jakiejś piwnicy i przeczekaliśmy kilkugodzinny ostrzał. Było już ciemno gdy wyszliśmy z piwnicy. Biegiem rzuciliśmy się do naszego "Schronu" Na miejscu zobaczyliśmy że tam gdzie stała kamienica w której mieściła się nasza "baza" jest jedynie kupa gruzu. Ostrzał zamienił kilka sąsiednich ulic w gruzowisk. Postanowiliśmy razem z Tigranem że przenocujemy tę noc w jakiejś piwnicy a następnego dnia uciekniemy z tego piekła.
58 Dzień Oblężenia.
Wstaliśmy bardzo wcześnie rano. Tigran obmyślił pewien plan. Postanowiliśmy uciekać ściekami. Weszliśmy do jednej ze studzienek kanalizacyjnych i ruszyliśmy przed siebie. Było strasznie mało miejsca. Smród był nie do wytrzymania. Wszędzie było pełno szczurów a kanały były bardzo ciasne. Nagle usłyszeliśmy kroki gdzieś przed nami.
- Kto tam?!- Krzyknął Tigran.
- My uchodźcy nie strzelajcie!- Usłyszeliśmy w odpowiedzi.
Podeszliśmy bliżej okazało się że było to nie prawdą było to dwóch Rosyjskich komandosów którzy mieli działać na terenie miasta.
Nasze tłumaczenia że jesteśmy uchodźcami nic nie dawały. W końcu Tigran nie wytrzymał i wywalił cały magazynek ze swojego karabinu prosto w brzuch naszej jak to później nazwał "przeszkody". Ja musiałem w pozbyć się drugiej "przeszkody". Trafiłem drugiego żołnierza prosto w głowę. Przypomniały mi się słowa mojego porucznika który mówił "Nie udało wam się stąd uciec. Tak więc jesteście wrogami Rosji. Albo zabijecie ich albo oni zabija was."
Szliśmy i szliśmy w tym strasznym smrodzie aż w końcu dotarliśmy do oczyszczalni ścieków. Wpadliśmy do wielkiej kadzi z nieczystościami. Na całe szczęście oczyszczalnia nie działała. Wszystkie śluzy były zamknięte. Dlatego nie zostaliśmy wciągnięci dalej. Wspięliśmy się na mały pomost i wyskoczyliśmy przez okno.
- No bratku jeszcze 3 kilometry do rzeki. Potem rzeką 7 kilometrów i do granicy z Ukrainą. A potem do Niemiec albo do Polski.- Powiedział Tigran gdy wydostaliśmy się na świeże powietrze.
Dotarcie do rzeki nie zajęło nam zbyt dużo czasu. Na brzegu znaleźliśmy starą łódkę. Była nieco dziurawa i mocno przeciekała ale nie mieliśmy nic lepszego. Ledwo co udało nam się dopłynąć na miejsce.
Byliśmy wolni Poza pierścieniem oblężenia. Doszliśmy do jakiejś wsi i ukradliśmy rowery. Ruszyliśmy do granicy z Ukrainą. Do granicy mieliśmy 25 kilometrów. Przejechaliśmy 24 gdy zastała nas kompletna noc. Teraz leżymy w jakimś stogu siana. Niestety nie mamy nic do jedzenia.
1 Dzień Wolności
Przejechaliśmy przez granicę. Jechaliśmy w milczeniu przez zniszczoną wojną Ukrainę. Załapaliśmy się na konwój Czerwonego Krzyża który zabierał uchodźców na zachód Ukrainy. Jechaliśmy kilkanaście godzin. Zakwaterowano nas w specjalnym ośrodku niedaleko Kijowa. Kiedy powiedzieliśmy skąd jesteśmy wszyscy mieli nas za bohaterów.
To ostatni wpis w tym dzienniku... Tigran zamierza wyjechać do Polski. A ja może pujdę w jego ślady. Jeszcze nie wiem co zrobię. Jedn wiem napewno koszmar już się skończył.
KONIEC
Proszę o oceny i komentarze :)
Dzisiejszy dzień był straszny. Ledwo uszliśmy z życiem.
Wstaliśmy wcześnie rano. Zjedliśmy małe śniadanie. Tigran poprosił mnie żebym poszedł z nim i pomógł mu pochować bliskich. Zgodziłem się bez wahania. Spakowaliśmy do plecaków mały zapas wody i jedzenia. Wzięliśmy szpadel i karabiny. Szliśmy od budynku do budynku obserwując okolicę.Kilka razy widziałem światło odbite od celownika optycznego. Za każdym razem modliłem się żeby ten "Ktoś" nie strzelał. Droga była długa i bardzo męcząca. Nie zamieniłem z Tigranem ani słowa. W końcu stanęliśmy przed kamienicą w której zginęli bliscy mojego nowego towarzysza. Tigran powoli szedł do piwnicy. Ja zaraz za nim. Cała piwnica była spalona. Wybuch granatu spowodował pożar, który strawił wszystko. Znaleźliśmy jedynie resztki misia córeczki Tigrana. Powoli podniósł resztki zabawki.
- Katia.- Szepnął cicho.
- Tigran.- Powiedziałem kładąc rękę na jego ramieniu.
Nic nie odpowiedział. Po prostu wyrwał mi z ręki szpadel który trzymałem w ręku i wyszedł na zewnątrz. Przed kamienicą wykopał mały dołek do którego wrzucił resztki misia które potem zakopał z dwóch patyków i kawałka sznurka zrobił mały krzyż który wbił nad symbolicznym grobem.
- Boris. Musimy zwiewać z tego miasta.- Powiedział ocierając łzę.
- Tylko jak?- westchnąłem.
Byliśmy w połowie drogi powrotnej gdy usłyszeliśmy charakterystyczny dźwięk nadlatującego pocisku rakietowego. Pocisk uderzył w jeden z pobliskich budynków. Kątem oka zobaczyłem ludzkie ciało które poleciało kilkanaście metrów w górę a potem spadło bezwładnie na ulicę. Siła uderzeniowa była tak duża że powaliła nas na ziemię. Czym prędzej wdrapaliśmy się do jakiejś piwnicy i przeczekaliśmy kilkugodzinny ostrzał. Było już ciemno gdy wyszliśmy z piwnicy. Biegiem rzuciliśmy się do naszego "Schronu" Na miejscu zobaczyliśmy że tam gdzie stała kamienica w której mieściła się nasza "baza" jest jedynie kupa gruzu. Ostrzał zamienił kilka sąsiednich ulic w gruzowisk. Postanowiliśmy razem z Tigranem że przenocujemy tę noc w jakiejś piwnicy a następnego dnia uciekniemy z tego piekła.
58 Dzień Oblężenia.
Wstaliśmy bardzo wcześnie rano. Tigran obmyślił pewien plan. Postanowiliśmy uciekać ściekami. Weszliśmy do jednej ze studzienek kanalizacyjnych i ruszyliśmy przed siebie. Było strasznie mało miejsca. Smród był nie do wytrzymania. Wszędzie było pełno szczurów a kanały były bardzo ciasne. Nagle usłyszeliśmy kroki gdzieś przed nami.
- Kto tam?!- Krzyknął Tigran.
- My uchodźcy nie strzelajcie!- Usłyszeliśmy w odpowiedzi.
Podeszliśmy bliżej okazało się że było to nie prawdą było to dwóch Rosyjskich komandosów którzy mieli działać na terenie miasta.
Nasze tłumaczenia że jesteśmy uchodźcami nic nie dawały. W końcu Tigran nie wytrzymał i wywalił cały magazynek ze swojego karabinu prosto w brzuch naszej jak to później nazwał "przeszkody". Ja musiałem w pozbyć się drugiej "przeszkody". Trafiłem drugiego żołnierza prosto w głowę. Przypomniały mi się słowa mojego porucznika który mówił "Nie udało wam się stąd uciec. Tak więc jesteście wrogami Rosji. Albo zabijecie ich albo oni zabija was."
Szliśmy i szliśmy w tym strasznym smrodzie aż w końcu dotarliśmy do oczyszczalni ścieków. Wpadliśmy do wielkiej kadzi z nieczystościami. Na całe szczęście oczyszczalnia nie działała. Wszystkie śluzy były zamknięte. Dlatego nie zostaliśmy wciągnięci dalej. Wspięliśmy się na mały pomost i wyskoczyliśmy przez okno.
- No bratku jeszcze 3 kilometry do rzeki. Potem rzeką 7 kilometrów i do granicy z Ukrainą. A potem do Niemiec albo do Polski.- Powiedział Tigran gdy wydostaliśmy się na świeże powietrze.
Dotarcie do rzeki nie zajęło nam zbyt dużo czasu. Na brzegu znaleźliśmy starą łódkę. Była nieco dziurawa i mocno przeciekała ale nie mieliśmy nic lepszego. Ledwo co udało nam się dopłynąć na miejsce.
Byliśmy wolni Poza pierścieniem oblężenia. Doszliśmy do jakiejś wsi i ukradliśmy rowery. Ruszyliśmy do granicy z Ukrainą. Do granicy mieliśmy 25 kilometrów. Przejechaliśmy 24 gdy zastała nas kompletna noc. Teraz leżymy w jakimś stogu siana. Niestety nie mamy nic do jedzenia.
1 Dzień Wolności
Przejechaliśmy przez granicę. Jechaliśmy w milczeniu przez zniszczoną wojną Ukrainę. Załapaliśmy się na konwój Czerwonego Krzyża który zabierał uchodźców na zachód Ukrainy. Jechaliśmy kilkanaście godzin. Zakwaterowano nas w specjalnym ośrodku niedaleko Kijowa. Kiedy powiedzieliśmy skąd jesteśmy wszyscy mieli nas za bohaterów.
To ostatni wpis w tym dzienniku... Tigran zamierza wyjechać do Polski. A ja może pujdę w jego ślady. Jeszcze nie wiem co zrobię. Jedn wiem napewno koszmar już się skończył.
KONIEC
Proszę o oceny i komentarze :)
czwartek, 4 lutego 2016
Dziennik Borisa #2
55 Dzień Oblężenia.
Dzisiejszej nocy nie prowadzili ostrzału rakietowego. Od rana pada deszcz na szczęście zbudowałem zbiornik na wodę. Uzupełniły mi się zapasy wody.
Wstałem wcześnie rano. Strasznie bolała mnie woda. Z resztek zapasów przygotowałem sobie śniadanie. Potem rozwiązywałem krzyżówkę. Około 13 nastawiłem radio na odpowiednie częstotliwości. Wojskowi nadali komunikat że w nocy będą zrzucać pomoc humanitarną. Wiedziałem że trafią mi się same ochłapy. Pomoc humanitarna trafia do dużych uzbrojonych grup. Ale postanowiłem spróbować. Zacząłem ostrzyć nóż. Wiedziałem jednak że z samym nożem dużo nie zdziałam. Nie miałem żadnego pistoletu czy karabinu. Gdy zostałem ranny i puścili mnie do cywila zabrano mi broń. Kiedyś gdy byłem mały wyjeżdżałem na wakacje na wieś do mojej babci. Robiliśmy tam z innymi dzieciakami łuki z drewna i sznurków. Postanowiłem zrobić sobie taki łuk. Znalazłem w mojej piwnicy kawałek listwy. Była mocna i dobrze się wyginała. Cięciwę zrobiłem z kawałka elastycznej cienkiej linki. Pojawił się problem z czego zrobić strzały. Znalazłem kilka długich drewnianych deseczek. Nożem ociosałem 6 kijków. Z poduszki wyciągnąłem kilka większych piór. Zrobiłem z nich lotki. Zaostrzyłem końcówki strzał. Zjadłem skromny obiad składający się z konserwy mięsnej i suchego chleba. Była 18. Postanowiłem się zdrzemnąć. Obudziłem się po pierwszej w nocy. Chwyciłem latarkę, sporą torbę przewiesiłem przez ramie. Nóż wetknąłem za pasek tak samo jak 5 strzał. 6 chwyciłem w rękę razem z łukiem. Odmówiłem krótką modlitwę i z duszą na ramieniu wyszedłem na powierzchnię. Miasto było ciemne. Spora część budynków w gruzach. Co jakiś czas słychać było odległe odgłosy wystrzałów z okolic przedmieść. Szedłem powoli ulicą. Nagle od strony zachodniej usłyszałem warkot. Gdy spojrzałem w niebo zobaczyłem jak kilka samolotów zrzuca na miasto duże skrzynie na spadochronach. Jedna z nich spadała dość niedaleko. Co sił w nogach pobiegłem w jej kierunku. Gdy dobiegłem na miejsce zobaczyłem że skrzynia leży nakryta białą płachtą spadochronu. Niestety z drugiej strony zbliżała się uzbrojona grupa 3 mężczyzn.
- Spokojnie! Podzielmy się!- Krzyknąłem.
Mężczyźni nic nie odpowiedzieli. Jeden z nich uniósł rękę do góry. Nagle z okien pobliskiego budynku zaczęli do mnie strzelać z mniej więcej 4 karabinów. Szybko schowałem się za stertą gruzu. Nie testowałem swojego łuku ani strzał. Leżąc za stertą kamieni nałożyłem strzałę na cięciwę i naciągnąłem łuk. Nie czułem strachu nie czułem niczego. W głowie miałem tylko jedną myśl przeżyć. Wstałem i wypuściłem strzałę w biegnącego ulicą mężczyznę. Strzała wbiła się w jego klatkę piersiową. Upadł z krzykiem. Ukryłem się za stertą gruzu i ponownie przygotowałem łuk. Wstałem i kolejny z mężczyzn leżał ze strzałą wbitą w brzuch. Zacząłem się cofać. Pobiegłem za róg budynku. Przygotowałem łuk w razie czego. Nagle usłyszałem ktoś biegnie w moją stronę z tyłu. Odwróciłem się z łukiem gotowym do strzału. Zobaczyłem mężczyznę z Kachachem w ręku. Był to facet dość dobrze zbudowany około czterdziestki. Miał brodę i dość długie włosy. Ubrany był w szarą bluzę i bojówki. Na plecach miał duży plecak.
- Łucznik nie strzelaj!- Krzyknął.
Posłusznie opuściłem łuk.
Nieznajomy wybiegł za róg i zaczął strzelać. Ja też się wychyliłem i strzeliłem. Po chwili zapanowała cisza.
Na ulicy leżeli martwi ludzie. A ja byłem w szoku. Poszedłem za nieznajomym było mi wszystko jedno czy mnie zabije czy nie.
Podeszliśmy do martwych ludzi.
- Sukinsyny.- Mruknął nieznajomy.- W mordę gdzie moje maniery. Wszystko przez tą pieprzoną wojnę.- Dodał nieznajomy. Wyciągnął do mnie dłoń. Podałem mu rękę.
- Jestem Boris Yudin.- Powiedziałem.
- Tigran Bohorow.- Powiedział nieznajomy.- Dobrze że skombinowałeś sobie ten łuk. Miałeś jak się bronić. Ale masz to się lepiej nada.- Powiedział podając mi automat jednego z mężczyzn.
- Ja dziękuję.- Powiedziałem.
- Nie ma za co. Trzeba sobie pomagać. Poza tym przez nich straciłem wszystko. Wczoraj wyszedłem umocnić piwnicę w której schroniłem się z moją rodziną. Poszedłem poszukać większych kamieni. No i właśnie te sukinsyny wrzucili przez okienko granat. Wszyscy zginęli. Dwóch moich braci, moja żona i córeczka.- Tigran rozpłakał się.
Objąłem go po ramieniu. Gdy się uspokoił zapytałem się go o współpracę. Stwierdził że we dwóch mamy większe szanse. Zebraliśmy broń w sumie 8 automatów i 3 pistolety. Zabrałem także moje strzały Tigran stwierdził że łuk to dobra broń jeżeli chodzi o zasadzki i polowanie na gołębie czy inne zwierzęta. Zabraliśmy całą skrzynię do mojej piwnicy. Gdy doszliśmy na miejsce była już 6. Zbudowaliśmy Tigranowi łóżko żeby
mógł się przespać.
56 Dzień Oblężenia
Przez pół dnia spaliśmy. Około 15 Wstaliśmy i do wieczora sprawdzaliśmy co jest w skrzyni. Mamy teraz ogromne zapasy żywności i leków. Teraz siedzimy we dwóch z Tigranem i posilamy się ciepłą herbatą i przepysznymi daniami z puszku. Tigran poprosił mnie żebym jutro poszedł z nim do tej piwnicy gdzie ukrywał się z rodziną żeby pochować martwych. Mam nadzieję że to przyniesie mu spokuj.
W sumie to wiem o nim niewiele tak samo jak on o mnie.
Tigran był nauczycielem W-F w jednej ze szkół w Połgogradzie. Ma 38 lat. I stracił wszystko w tamtej piwnicy. Buduje wszystko od nowa. Mam nadzieję że mu w tym pomogę w końcu uratował mi życie...
Mam nadzieję że się podobało. Proszę o ocenę mojej pracy :)
Dzisiejszej nocy nie prowadzili ostrzału rakietowego. Od rana pada deszcz na szczęście zbudowałem zbiornik na wodę. Uzupełniły mi się zapasy wody.
Wstałem wcześnie rano. Strasznie bolała mnie woda. Z resztek zapasów przygotowałem sobie śniadanie. Potem rozwiązywałem krzyżówkę. Około 13 nastawiłem radio na odpowiednie częstotliwości. Wojskowi nadali komunikat że w nocy będą zrzucać pomoc humanitarną. Wiedziałem że trafią mi się same ochłapy. Pomoc humanitarna trafia do dużych uzbrojonych grup. Ale postanowiłem spróbować. Zacząłem ostrzyć nóż. Wiedziałem jednak że z samym nożem dużo nie zdziałam. Nie miałem żadnego pistoletu czy karabinu. Gdy zostałem ranny i puścili mnie do cywila zabrano mi broń. Kiedyś gdy byłem mały wyjeżdżałem na wakacje na wieś do mojej babci. Robiliśmy tam z innymi dzieciakami łuki z drewna i sznurków. Postanowiłem zrobić sobie taki łuk. Znalazłem w mojej piwnicy kawałek listwy. Była mocna i dobrze się wyginała. Cięciwę zrobiłem z kawałka elastycznej cienkiej linki. Pojawił się problem z czego zrobić strzały. Znalazłem kilka długich drewnianych deseczek. Nożem ociosałem 6 kijków. Z poduszki wyciągnąłem kilka większych piór. Zrobiłem z nich lotki. Zaostrzyłem końcówki strzał. Zjadłem skromny obiad składający się z konserwy mięsnej i suchego chleba. Była 18. Postanowiłem się zdrzemnąć. Obudziłem się po pierwszej w nocy. Chwyciłem latarkę, sporą torbę przewiesiłem przez ramie. Nóż wetknąłem za pasek tak samo jak 5 strzał. 6 chwyciłem w rękę razem z łukiem. Odmówiłem krótką modlitwę i z duszą na ramieniu wyszedłem na powierzchnię. Miasto było ciemne. Spora część budynków w gruzach. Co jakiś czas słychać było odległe odgłosy wystrzałów z okolic przedmieść. Szedłem powoli ulicą. Nagle od strony zachodniej usłyszałem warkot. Gdy spojrzałem w niebo zobaczyłem jak kilka samolotów zrzuca na miasto duże skrzynie na spadochronach. Jedna z nich spadała dość niedaleko. Co sił w nogach pobiegłem w jej kierunku. Gdy dobiegłem na miejsce zobaczyłem że skrzynia leży nakryta białą płachtą spadochronu. Niestety z drugiej strony zbliżała się uzbrojona grupa 3 mężczyzn.
- Spokojnie! Podzielmy się!- Krzyknąłem.
Mężczyźni nic nie odpowiedzieli. Jeden z nich uniósł rękę do góry. Nagle z okien pobliskiego budynku zaczęli do mnie strzelać z mniej więcej 4 karabinów. Szybko schowałem się za stertą gruzu. Nie testowałem swojego łuku ani strzał. Leżąc za stertą kamieni nałożyłem strzałę na cięciwę i naciągnąłem łuk. Nie czułem strachu nie czułem niczego. W głowie miałem tylko jedną myśl przeżyć. Wstałem i wypuściłem strzałę w biegnącego ulicą mężczyznę. Strzała wbiła się w jego klatkę piersiową. Upadł z krzykiem. Ukryłem się za stertą gruzu i ponownie przygotowałem łuk. Wstałem i kolejny z mężczyzn leżał ze strzałą wbitą w brzuch. Zacząłem się cofać. Pobiegłem za róg budynku. Przygotowałem łuk w razie czego. Nagle usłyszałem ktoś biegnie w moją stronę z tyłu. Odwróciłem się z łukiem gotowym do strzału. Zobaczyłem mężczyznę z Kachachem w ręku. Był to facet dość dobrze zbudowany około czterdziestki. Miał brodę i dość długie włosy. Ubrany był w szarą bluzę i bojówki. Na plecach miał duży plecak.
- Łucznik nie strzelaj!- Krzyknął.
Posłusznie opuściłem łuk.
Nieznajomy wybiegł za róg i zaczął strzelać. Ja też się wychyliłem i strzeliłem. Po chwili zapanowała cisza.
Na ulicy leżeli martwi ludzie. A ja byłem w szoku. Poszedłem za nieznajomym było mi wszystko jedno czy mnie zabije czy nie.
Podeszliśmy do martwych ludzi.
- Sukinsyny.- Mruknął nieznajomy.- W mordę gdzie moje maniery. Wszystko przez tą pieprzoną wojnę.- Dodał nieznajomy. Wyciągnął do mnie dłoń. Podałem mu rękę.
- Jestem Boris Yudin.- Powiedziałem.
- Tigran Bohorow.- Powiedział nieznajomy.- Dobrze że skombinowałeś sobie ten łuk. Miałeś jak się bronić. Ale masz to się lepiej nada.- Powiedział podając mi automat jednego z mężczyzn.
- Ja dziękuję.- Powiedziałem.
- Nie ma za co. Trzeba sobie pomagać. Poza tym przez nich straciłem wszystko. Wczoraj wyszedłem umocnić piwnicę w której schroniłem się z moją rodziną. Poszedłem poszukać większych kamieni. No i właśnie te sukinsyny wrzucili przez okienko granat. Wszyscy zginęli. Dwóch moich braci, moja żona i córeczka.- Tigran rozpłakał się.
Objąłem go po ramieniu. Gdy się uspokoił zapytałem się go o współpracę. Stwierdził że we dwóch mamy większe szanse. Zebraliśmy broń w sumie 8 automatów i 3 pistolety. Zabrałem także moje strzały Tigran stwierdził że łuk to dobra broń jeżeli chodzi o zasadzki i polowanie na gołębie czy inne zwierzęta. Zabraliśmy całą skrzynię do mojej piwnicy. Gdy doszliśmy na miejsce była już 6. Zbudowaliśmy Tigranowi łóżko żeby
mógł się przespać.
56 Dzień Oblężenia
Przez pół dnia spaliśmy. Około 15 Wstaliśmy i do wieczora sprawdzaliśmy co jest w skrzyni. Mamy teraz ogromne zapasy żywności i leków. Teraz siedzimy we dwóch z Tigranem i posilamy się ciepłą herbatą i przepysznymi daniami z puszku. Tigran poprosił mnie żebym jutro poszedł z nim do tej piwnicy gdzie ukrywał się z rodziną żeby pochować martwych. Mam nadzieję że to przyniesie mu spokuj.
W sumie to wiem o nim niewiele tak samo jak on o mnie.
Tigran był nauczycielem W-F w jednej ze szkół w Połgogradzie. Ma 38 lat. I stracił wszystko w tamtej piwnicy. Buduje wszystko od nowa. Mam nadzieję że mu w tym pomogę w końcu uratował mi życie...
Mam nadzieję że się podobało. Proszę o ocenę mojej pracy :)
wtorek, 2 lutego 2016
Kubuś Puchatek w Służbie Boga (Parodia Kubusia Puchatka)
UWAGA!! Post ten pisany jest w celach humorystycznych i nie ma na celu nikogo obrazić.
Kubuś Puchatek zajadła się śniadaniem. Miał bardzo dobry humor ponieważ ostatni napad na sklep prowadzony przez Smerfy udał się w 100 % co umożliwiło Kubusiowi spłatę wszystkich długów. Nagle ktoś zapukał do drzwi.
-Kogo diabli niosą?!- Wrzasnął Kubuś.
-Nie diabli, a Aniołowie.- Usłyszał miś zza drzwi.
-Kto tam?
-Ksiądz.
Kubuś bardzo się zdziwił ksiądz w kwietniu?
- A poco ksiądz przyszedł?- Zapytał Miś.- No bo chyba nie z kolędą.
- Nie nie synu. Mam dla Ciebie propozycję pracy.
- Emmm no dobra.- Mruknął Miś.
Otworzył drzwi. Przed jego domkiem stał gruby Baran (Zwierze) ubrany w sutannę.Miś zaprosił księdza do środka. Usiedli przy stole i zaczęli rozmawiać.
- Mam dla Ciebie propozycję pracy.- Powiedział ksiądz.
- A co miałbym robić?
Baran zamyślił się i po chwili głęboko zdechnął,
- No bo widzisz synu słyszałem że jesteś bardzo dzielny i nie boisz się złych ludzi.- Powiedział Ksiądz.
- No niby taki. I co z tego?- Zapytał Miś.
- hmm.. Na terenie naszej parafii zaczęła działać grupa Satanistów. Odprawiają Czarne Msze pomazali kościół i ubrudzili mi wycieraczkę odchodami !- Powiedział zdenerwowany ksiądz.
- No i co ja mam z tym wspólnego?- Zapytał Kubuś.
- No wiesz synu pozbędziesz się ich jakoś. No nie wiem jak ale jakoś dasz radę.- Powiedział ksiądz.
- A ile za to dostanę?- Zapytał Kubuś.
- A sama satysfakcja że pomogłeś Bogu w walce z Szatanem nie wystarczy?- Zapytał ksiądz.
- Nie. 25 tysięcy i się dogadamy.- Powiedział Kubuś.
- No nie! to za dużo. 250 dolarów.- Powiedział twardo ksiądz.
- No wyjdź stąd ale już!- Wrzasnął Kubuś.
- Ale miałem kupić sobie nowego Mercedesa.- Powiedział ksiądz.- No ale dobrze 25 tysięcy.- Dodał zrezygnowany.
- No to idę ich szukać.- Powiedział radośnie Kubuś.
- Zaczekaj synu. Najpierw idź do spowiedzi abyś mógł walczyć z Szatanem z czystym sercem.- Powiedział ksiądz.
- No ale kościół jest w Smerfnym lesie a ja nie mam samochodu.
-Nie szkodzi synu zawiozę Cię.
Kubuś nie miał wyjścia musiał iść do spowiedzi inaczej nici z pieniędzy. Miś poszedł po pistolet do sypialni, który ukrył pod ubraniem. Pojechał razem z księdzem do kościoła w Smerfnym Lesie. Wszedł do małego kościółka i staną w długiej kolejce do konfesjonału. Stała przed nim cała wioska Smerfów. Kubuś zaczął żałować że nie zabrał ze sobą jakiej kolorowanki albo książki. Na dodatek zapomniał z domu zabrać telefonu. Po 4 godzinach stania w kolejce dostał się do konfesjonału. Spowiadał stary Lis który sprawował funkcję proboszcza. Miał chyba 99 lat i ewidentnie śmierdziało od niego brudną pieluchą. Kubuś klęknął na klęczniku i zaczął recytować formułkę.
- Ostatni raz u spowiedzi byłem 10 lat temu. Pana boga obraziłem następującymi grzechami. Złamałem wszystkie przykazania dekalogu. Piłem duże ilości alkoholu i brałem narkotyki. W zeszłym tygodniu zabiłem człowieka.
-CO?!- Wrzasnął ksiądz zachrypniętym starczym głosem- GWAŁCIŁEŚ POWIEKĘ?!
-Co?! Nie!- Krzyknął Kubuś.- Człowieka zabiłem- Powiedział cicho
- A no dobra. Bo już myślałem że jesteś Satanistą.- Powiedział ksiądz.- Coś jeszcze?- Zapytał ksiądz.
- No w sumie to nie.- Odparł Kubuś.
- Pan Bóg odpuszcza tobie grzechy. Idź i nie grzesz więcej. A w ramach pokuty 666 zdrowasiek.- Powiedział ksiądz stukając w konfesjonał.
Kubuś wyszedł z konfesjonału i klęknął aby odmówić 666 zdrowasiek. W tym momencie drzwi kościoła otworzyły się z hukiem a do środka wpadło 5 uzbrojonych w AK47 ludzi pomazanych krwią. Jeden z nich miał w ręku martwego kota.
- Ku chwale Azazela!- Krzyknął jeden i zaczął strzelać do modlących się Smerfów.
Puchatek spojrzał na Satanistów i na martwego kota.
- O Boże Herman!- Krzyknął Kubuś. Miś znał Hermana jeszcze z podstawówki chodzili razem palić papierosy za szkołą.
Miś wyciągnął pistolet i zastrzelił strzelającego Satanistę. Mężczyzna który trzymał martwego Hermana zaczął płakać.
- To za Hermana!.- Wrzasnął miś i zastrzelił domniemanego mordercę kolegi.
- Ejjjj dlaczego to robisz?- Zapytał cienkim głosem jeden z Satanistów.
- No bo zabiliście Hermana.
- Tak jakoś wyszło.- Odparł jeden z Satanistów.
Nagle z konfesjonału wyszedł podpierając się strzelbą proboszcz Lis. Stanął obok Kubusia i krzyknął.
- Dość gadania synu tak to się robi w seminarium!
Stary ksiądz od którego coraz bardziej zajeżdżało brudną pieluchą uniósł strzelbę i w mgnieniu oka wszyscy pozostali przy życiu Sataniści leżeli martwi. Do kościoła wbiegł młody ksiądz z walizką pełną pieniędzy. Stary proboszcz wyrwał młodemu pieniądze z ręki i powiedział.
- Pieniądze są moje a teraz idę się zdrzemnąć.
Stary ksiądz wyszedł z kościoła podpierając się strzelbą i niosąc pod pachą walizkę z 25 tysiącami dolarów.
Kubuś dostał od księdza plakietkę "Dobry parafianin". Miś smutny wrócił do domu. Z twardym postanowieniem że w przyszłym roku nie wpuści księdza z kolędą.
KONIEC
Proszę o komentarze i ocenę :)
Kubuś Puchatek zajadła się śniadaniem. Miał bardzo dobry humor ponieważ ostatni napad na sklep prowadzony przez Smerfy udał się w 100 % co umożliwiło Kubusiowi spłatę wszystkich długów. Nagle ktoś zapukał do drzwi.
-Kogo diabli niosą?!- Wrzasnął Kubuś.
-Nie diabli, a Aniołowie.- Usłyszał miś zza drzwi.
-Kto tam?
-Ksiądz.
Kubuś bardzo się zdziwił ksiądz w kwietniu?
- A poco ksiądz przyszedł?- Zapytał Miś.- No bo chyba nie z kolędą.
- Nie nie synu. Mam dla Ciebie propozycję pracy.
- Emmm no dobra.- Mruknął Miś.
Otworzył drzwi. Przed jego domkiem stał gruby Baran (Zwierze) ubrany w sutannę.Miś zaprosił księdza do środka. Usiedli przy stole i zaczęli rozmawiać.
- Mam dla Ciebie propozycję pracy.- Powiedział ksiądz.
- A co miałbym robić?
Baran zamyślił się i po chwili głęboko zdechnął,
- No bo widzisz synu słyszałem że jesteś bardzo dzielny i nie boisz się złych ludzi.- Powiedział Ksiądz.
- No niby taki. I co z tego?- Zapytał Miś.
- hmm.. Na terenie naszej parafii zaczęła działać grupa Satanistów. Odprawiają Czarne Msze pomazali kościół i ubrudzili mi wycieraczkę odchodami !- Powiedział zdenerwowany ksiądz.
- No i co ja mam z tym wspólnego?- Zapytał Kubuś.
- No wiesz synu pozbędziesz się ich jakoś. No nie wiem jak ale jakoś dasz radę.- Powiedział ksiądz.
- A ile za to dostanę?- Zapytał Kubuś.
- A sama satysfakcja że pomogłeś Bogu w walce z Szatanem nie wystarczy?- Zapytał ksiądz.
- Nie. 25 tysięcy i się dogadamy.- Powiedział Kubuś.
- No nie! to za dużo. 250 dolarów.- Powiedział twardo ksiądz.
- No wyjdź stąd ale już!- Wrzasnął Kubuś.
- Ale miałem kupić sobie nowego Mercedesa.- Powiedział ksiądz.- No ale dobrze 25 tysięcy.- Dodał zrezygnowany.
- No to idę ich szukać.- Powiedział radośnie Kubuś.
- Zaczekaj synu. Najpierw idź do spowiedzi abyś mógł walczyć z Szatanem z czystym sercem.- Powiedział ksiądz.
- No ale kościół jest w Smerfnym lesie a ja nie mam samochodu.
-Nie szkodzi synu zawiozę Cię.
Kubuś nie miał wyjścia musiał iść do spowiedzi inaczej nici z pieniędzy. Miś poszedł po pistolet do sypialni, który ukrył pod ubraniem. Pojechał razem z księdzem do kościoła w Smerfnym Lesie. Wszedł do małego kościółka i staną w długiej kolejce do konfesjonału. Stała przed nim cała wioska Smerfów. Kubuś zaczął żałować że nie zabrał ze sobą jakiej kolorowanki albo książki. Na dodatek zapomniał z domu zabrać telefonu. Po 4 godzinach stania w kolejce dostał się do konfesjonału. Spowiadał stary Lis który sprawował funkcję proboszcza. Miał chyba 99 lat i ewidentnie śmierdziało od niego brudną pieluchą. Kubuś klęknął na klęczniku i zaczął recytować formułkę.
- Ostatni raz u spowiedzi byłem 10 lat temu. Pana boga obraziłem następującymi grzechami. Złamałem wszystkie przykazania dekalogu. Piłem duże ilości alkoholu i brałem narkotyki. W zeszłym tygodniu zabiłem człowieka.
-CO?!- Wrzasnął ksiądz zachrypniętym starczym głosem- GWAŁCIŁEŚ POWIEKĘ?!
-Co?! Nie!- Krzyknął Kubuś.- Człowieka zabiłem- Powiedział cicho
- A no dobra. Bo już myślałem że jesteś Satanistą.- Powiedział ksiądz.- Coś jeszcze?- Zapytał ksiądz.
- No w sumie to nie.- Odparł Kubuś.
- Pan Bóg odpuszcza tobie grzechy. Idź i nie grzesz więcej. A w ramach pokuty 666 zdrowasiek.- Powiedział ksiądz stukając w konfesjonał.
Kubuś wyszedł z konfesjonału i klęknął aby odmówić 666 zdrowasiek. W tym momencie drzwi kościoła otworzyły się z hukiem a do środka wpadło 5 uzbrojonych w AK47 ludzi pomazanych krwią. Jeden z nich miał w ręku martwego kota.
- Ku chwale Azazela!- Krzyknął jeden i zaczął strzelać do modlących się Smerfów.
Puchatek spojrzał na Satanistów i na martwego kota.
- O Boże Herman!- Krzyknął Kubuś. Miś znał Hermana jeszcze z podstawówki chodzili razem palić papierosy za szkołą.
Miś wyciągnął pistolet i zastrzelił strzelającego Satanistę. Mężczyzna który trzymał martwego Hermana zaczął płakać.
- To za Hermana!.- Wrzasnął miś i zastrzelił domniemanego mordercę kolegi.
- Ejjjj dlaczego to robisz?- Zapytał cienkim głosem jeden z Satanistów.
- No bo zabiliście Hermana.
- Tak jakoś wyszło.- Odparł jeden z Satanistów.
Nagle z konfesjonału wyszedł podpierając się strzelbą proboszcz Lis. Stanął obok Kubusia i krzyknął.
- Dość gadania synu tak to się robi w seminarium!
Stary ksiądz od którego coraz bardziej zajeżdżało brudną pieluchą uniósł strzelbę i w mgnieniu oka wszyscy pozostali przy życiu Sataniści leżeli martwi. Do kościoła wbiegł młody ksiądz z walizką pełną pieniędzy. Stary proboszcz wyrwał młodemu pieniądze z ręki i powiedział.
- Pieniądze są moje a teraz idę się zdrzemnąć.
Stary ksiądz wyszedł z kościoła podpierając się strzelbą i niosąc pod pachą walizkę z 25 tysiącami dolarów.
Kubuś dostał od księdza plakietkę "Dobry parafianin". Miś smutny wrócił do domu. Z twardym postanowieniem że w przyszłym roku nie wpuści księdza z kolędą.
KONIEC
Proszę o komentarze i ocenę :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)