czwartek, 4 lutego 2016

Dziennik Borisa #2

55 Dzień Oblężenia.
Dzisiejszej nocy nie prowadzili ostrzału rakietowego. Od rana pada deszcz na szczęście zbudowałem zbiornik na wodę. Uzupełniły mi się zapasy wody.
Wstałem wcześnie rano. Strasznie bolała mnie woda. Z resztek zapasów przygotowałem sobie śniadanie. Potem rozwiązywałem krzyżówkę. Około 13 nastawiłem radio na odpowiednie częstotliwości. Wojskowi nadali komunikat że w nocy będą zrzucać pomoc humanitarną. Wiedziałem że trafią mi się same ochłapy. Pomoc humanitarna trafia do dużych uzbrojonych grup. Ale postanowiłem spróbować.  Zacząłem ostrzyć nóż. Wiedziałem jednak że z samym nożem dużo nie zdziałam. Nie miałem żadnego pistoletu czy karabinu. Gdy zostałem ranny i puścili mnie do cywila zabrano mi broń. Kiedyś gdy byłem mały wyjeżdżałem na wakacje na wieś do mojej babci. Robiliśmy tam z innymi dzieciakami łuki z drewna i sznurków. Postanowiłem zrobić sobie taki łuk. Znalazłem w mojej piwnicy kawałek listwy. Była mocna i dobrze się wyginała. Cięciwę zrobiłem z kawałka elastycznej cienkiej linki. Pojawił się problem z czego zrobić strzały. Znalazłem kilka długich drewnianych deseczek. Nożem ociosałem 6 kijków. Z poduszki wyciągnąłem kilka większych piór. Zrobiłem z nich lotki. Zaostrzyłem końcówki strzał. Zjadłem skromny obiad składający się z konserwy mięsnej i suchego chleba. Była 18. Postanowiłem się zdrzemnąć. Obudziłem się po pierwszej w nocy. Chwyciłem latarkę, sporą torbę przewiesiłem przez ramie. Nóż wetknąłem za pasek tak samo jak 5 strzał. 6 chwyciłem w rękę razem z łukiem. Odmówiłem krótką modlitwę i z duszą na ramieniu wyszedłem na powierzchnię. Miasto było ciemne. Spora część budynków w gruzach. Co jakiś czas słychać było odległe odgłosy wystrzałów z okolic przedmieść. Szedłem powoli ulicą. Nagle od strony zachodniej usłyszałem warkot. Gdy spojrzałem w niebo zobaczyłem jak kilka samolotów zrzuca na miasto duże skrzynie na spadochronach. Jedna z nich spadała dość niedaleko. Co sił w nogach pobiegłem w jej kierunku. Gdy dobiegłem na miejsce zobaczyłem że skrzynia leży nakryta białą płachtą spadochronu. Niestety z drugiej strony zbliżała się uzbrojona grupa 3 mężczyzn.
- Spokojnie! Podzielmy się!- Krzyknąłem.
Mężczyźni nic nie odpowiedzieli. Jeden z nich uniósł rękę do góry. Nagle z okien pobliskiego budynku zaczęli do mnie strzelać z mniej więcej 4 karabinów. Szybko schowałem się za stertą gruzu. Nie testowałem swojego łuku ani strzał. Leżąc za stertą kamieni nałożyłem strzałę na cięciwę i naciągnąłem łuk. Nie czułem strachu nie czułem niczego. W głowie miałem tylko jedną myśl przeżyć. Wstałem i wypuściłem strzałę w biegnącego ulicą mężczyznę. Strzała wbiła się w jego klatkę piersiową. Upadł z krzykiem. Ukryłem się za stertą gruzu i ponownie przygotowałem łuk. Wstałem i kolejny z mężczyzn leżał ze strzałą wbitą w brzuch. Zacząłem się cofać. Pobiegłem za róg budynku. Przygotowałem łuk w razie czego. Nagle usłyszałem  ktoś biegnie w moją stronę z tyłu. Odwróciłem się z łukiem gotowym do strzału. Zobaczyłem mężczyznę z Kachachem w ręku. Był to facet dość dobrze zbudowany około czterdziestki. Miał brodę i dość długie włosy. Ubrany był w szarą bluzę i bojówki. Na plecach miał duży plecak.
- Łucznik nie strzelaj!- Krzyknął.
Posłusznie opuściłem łuk.
Nieznajomy wybiegł za róg i zaczął strzelać. Ja też się wychyliłem i strzeliłem. Po chwili zapanowała cisza.
Na ulicy leżeli martwi ludzie. A ja byłem w szoku. Poszedłem za nieznajomym było mi wszystko jedno czy mnie zabije czy nie.
Podeszliśmy do martwych ludzi.
- Sukinsyny.- Mruknął nieznajomy.- W mordę gdzie moje maniery. Wszystko przez tą pieprzoną wojnę.- Dodał nieznajomy. Wyciągnął do mnie dłoń. Podałem mu rękę.
- Jestem Boris Yudin.- Powiedziałem.
- Tigran Bohorow.- Powiedział nieznajomy.- Dobrze że skombinowałeś sobie ten łuk. Miałeś jak się bronić. Ale masz to się lepiej nada.- Powiedział podając mi automat jednego z mężczyzn.
- Ja dziękuję.- Powiedziałem.
- Nie ma za co. Trzeba sobie pomagać. Poza tym przez nich straciłem wszystko. Wczoraj wyszedłem umocnić piwnicę w której schroniłem się z moją rodziną. Poszedłem poszukać większych kamieni. No i właśnie te sukinsyny wrzucili przez okienko granat. Wszyscy zginęli. Dwóch moich braci, moja żona i córeczka.- Tigran rozpłakał się.
Objąłem go po ramieniu. Gdy się uspokoił zapytałem się go o współpracę. Stwierdził że we dwóch mamy większe szanse. Zebraliśmy broń w sumie 8 automatów i 3 pistolety. Zabrałem także moje strzały Tigran stwierdził że łuk to dobra broń jeżeli chodzi o zasadzki i polowanie na gołębie czy inne zwierzęta. Zabraliśmy całą skrzynię do mojej piwnicy. Gdy doszliśmy na miejsce była już 6. Zbudowaliśmy Tigranowi łóżko żeby
 mógł się przespać.

56 Dzień Oblężenia
Przez pół dnia spaliśmy. Około 15 Wstaliśmy i do wieczora sprawdzaliśmy co jest w skrzyni. Mamy teraz ogromne zapasy żywności i leków. Teraz siedzimy we dwóch z Tigranem i posilamy się ciepłą herbatą i przepysznymi daniami z puszku. Tigran poprosił mnie żebym jutro poszedł z nim do tej piwnicy gdzie ukrywał się z rodziną żeby pochować martwych. Mam nadzieję że to przyniesie mu spokuj.
W sumie to wiem o nim niewiele tak samo jak on o mnie.
Tigran był nauczycielem W-F w jednej ze szkół w Połgogradzie. Ma 38 lat. I stracił wszystko w tamtej piwnicy. Buduje wszystko od nowa. Mam nadzieję że mu w tym pomogę w końcu uratował mi życie...


Mam nadzieję że się podobało. Proszę o ocenę mojej pracy :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz